Rozdział 36 - To nie alkohol, to ABBA


Starając się nie zwracać uwagi na ból głowy, wygramolił się z pokoju i kurczowo trzymając się poręczy, zaczął powoli schodzić na dół. W połowie drogi minęły go Dorcas i Rose, obie wyraźnie w świetnym humorze. Colins gwizdnęła przeciągle na jego widok.
Przyłożył dłonie do uszu.
- Proszę, nie rób tego.
Uniosła wysoko brwi i szeroko się uśmiechnęła.
- Lily jest na dole - rzuciła Rose. - Szykuje Edith śniadanie. Zejdź szybko, to może się na nie załapiesz - uniosła dłoń do ust. - "Zejdź szybko" - zachichotała.
Minęły go i popędziły na górę.
James podrapał się po głowie. Co właściwie się wczoraj stało? Pamiętał dziwaczny klub, kolorowe światła, a "Mamma Mia" nadal kręciło mu się po głowie. Pamiętał jak wszedł do środka z Edith, upili się na umór w barze, a potem długo tańczyli, tańczyli i...
- Jezus Maria! - wrzasnął, zasłaniając usta dłonią i czym prędzej wbiegając z powrotem na górę. Oparł się o swoje drzwi i zjechał po nich powoli na dół, łapiąc się za głowę.
Co on zrobił?! I, co więcej, dlaczego to zrobił?! Czy jest zakochany w Edith? Od kiedy? Jak bardzo? Serio, jest w niej zakochany?
- James? - rozległ się głos z dołu i zaskoczony szarpnął za klamkę, otwierając drzwi i przewracając się do tyłu. Zaklął. - James, jesteś tam? - zaniepokoiła się Lily.
- Tjaaa... - jęknął przerażony, zupełnie nie wiedząc, co ma robić.
- To zejdź proszę - poprosiła. - Robię jajecznicę z bekonem. Lepiej, żebyś przyszedł, zanim Path wszystko pożre.
Uniósł dłoń do ust i zaczął obgryzać paznokcie. Dziewczynom to podobno pomaga, prawda?
- James? - upewniła się Lily.
- Tak, tak, zaraz schodzę.
Przeklinając w duchu dobroć Evans, James jak najwolniej zaczął schodzić po schodach. Niepewnie uchylił drzwi kuchni. Lily odwróciła się z patelnią i uśmiechnęła do niego ciepło.
- O, jesteś - jej uśmiech stał się jeszcze szerszy. - Naprawdę wyglądasz okropnie.
- Dzięki - mruknął głucho, zajmując miejsce naprzeciwko Path, podczas gdy Ruda nakładała mu jajecznicę na talerz. Rzucił Edith błyskawiczne spojrzenie. Usilnie wpatrywała się w swój talerz.
- No, moi kochani - Lily wydawała się nie odczuwać napiętej atmosfery. - Patrzenie na to, jak bardzo zniszczył was alkohol jest naprawdę niesamowitym doświadczeniem, ale postanowiliśmy wybrać się dzisiaj na spacer poza miastem. Ulepimy wielkiego bałwana i zrobimy bitwę na śnieżki - stanęła nad Jamesem, opierając się o jego ramiona. - Dołączcie do nas proszę, jak doprowadzicie się do porządku.
- Jak wytrzeźwieję - mruknęła chrapliwie Edith.
Lily roześmiała się i cmoknęła Jamesa w czubek głowy.
- Umyjesz się, Rogacz? - zasugerowała, pociągając nosem.
- Dla ciebie wszystko - odparł załamującym się głosem tak, jakby za chwilę miał się rozpłakać. Lily uniosła brwi wysoko w górę, uśmiechnęła się pod nosem i wymaszerowała z kuchni.
James podłubał widelcem w swojej jajecznicy jeszcze przez minutę, dopóki nie odezwał się nienaturalnym tonem:
- Cześć, Edith.
Przełknęła głośno ślinę.
- Cześć, James.
Odłożył sztućce i powoli uniósł głowę. Czuł lekkie mdłości. Przejechał wzrokiem po twarzy Edith, dopóki jego wzrok nie spotkał jej jasnych, błękitnych oczu. Wyrażały one pewną ostrożność i niepokój. Patrzyli tak na siebie przez jakiś czas absolutnie zdezorientowani, zupełnie niepewni siebie nawzajem. James skrzywił twarz w dziwacznej wariacji uśmiechu, lewy kącik ust Edith zadrżał. Znów popatrzyli sobie w oczy i jednocześnie wybuchnęli śmiechem.
James odetchnął głęboko, chowając twarz w dłoniach.
- Jezu, co za ulga! - westchnął.
Edith odchyliła się do tyłu na krześle, w końcu rozluźniając mięśnie.
- Mnie nie musisz tego tłumaczyć - odetchnęła głęboko i skrzywiła się. - Czy ty też byłeś taki przerażony, schodząc tutaj?
- Przerażony?! - prychnął. - Ed, ja układałem sobie w głowie przemowę!
James położył łokieć na stole i oparł na dłoni ciężką głowę.
- Na Merlina, teraz już wiem, co nazywają fatalną pomyłką.
- "Zakochałam się w nim czy nie zakochałam?" - Edith pokręciła palcem przy głowie. - Jakieś absolutne pokręcenie. Wyobrażasz to sobie? My razem?
- To brzmi jak jakaś najgorsza kombinacja.
- Jak tornado i trąba powietrzna?
James popatrzył na nią z oburzeniem.
- To jedno i to samo. Jezu, doedukuj się, Ed.
Zachichotała.
- Jak dobrze wiedzieć, że to po prostu alkohol i dobra atmosfera. Wypijesz te kilka drinków i nagle granica między przyjacielskim zakochanym zachowaniem robi się dziwnie cienka. Tak jak wczoraj... - zerknęła na jego rozbawione spojrzenie. - Zresztą, czy my naprawdę musimy to sobie wyjaśniać?
Roześmiał się, wkładając sobie w usta widelec pełen jajecznicy. Błogi smak rozszedł się w całych jego ustach. Westchnął zachwycony - jak ta Lily bosko gotuje! Będzie się z nią musiał kiedyś ożenić czy coś.
Przez chwilę oboje pożerali w milczeniu, ale gdy na siebie spojrzeli, znów nie mogli powstrzymać śmiechu.
- Co ten alkohol robi z ludźmi! - mruknęła rozbawiona Path.
James rozłożył ręce i wzniósł oczy do nieba.
- To nie alkohol. To ABBA.


Dorcas położyła się na śniegu na plecach i zaczęła machać nogami i rękoma, robiąc orła. Lily i Rose lepiły obok bałwana, a Remus, Syriusz i Barton chodzili w tę i z powrotem na brzegu lasu, dyskutując o czymś zacięcie. Poszukała wzrokiem Willa - właśnie wybiegł spomiędzy drzew, niosąc patyki na ręce dla bałwana dziewczyn. Dorcas uśmiechnęła się pod nosem - Will był chyba najmilszym facetem na Ziemi.
Usłyszała chrupot śniegu po swojej lewej stronie i obróciła głowę w tamtą stronę. Eryk uśmiechnął się do niej, patrząc na nią z góry i mrużąc oczy przed słońcem.
- Trochę mocniej po lewej stronie - doradził, wskazując lewe "skrzydło" orła. Jeszcze raz machnęła ramieniem.
- Tak lepiej?
- Znacznie lepiej - odparł tonem fachowca i stanął nad nią, oceniając jej dzieło. - Wprost idealnie.
Roześmiała się, on także. Okrążył ją i usiadł na pniu wystającym ze śniegu.
- Tu jest tak spokojnie i miło, że myśl o powrocie do szkoły napełnia mnie prawdziwym przerażeniem - powiedziała Dorcas, wciąż leżąc na plecach i wpatrując się w niebo.
- Hmm, Dorcas? - odezwał się po chwili.
- Tak?
- Gdzie byłaś przez ten pierwszy semestr?
Zastanowiła się, jak mu to wyjaśnić.
- No wiesz, na takim jakby kursie... mugoloznastwa.
- Mugoloznastwa? - zdziwił się.
No dobra, nie za bardzo jej się udało.
- No może nie do końca mugoloznastwa. Ale uczyłam się mugolskich przedmiotów, wiesz? Matematyki, historii... oczywiście były też przedmioty magiczne, żebyśmy nie zostali w tyle z nauką, więc nieźle nas zamęczali.
- Nie chcę zabrzmieć grubiańsko - powiedział po chwili zastanowienia. - Ale... po co?
Uśmiechnęła się pod nosem. Jeszcze nie poznała czarodzieja, który nie zadałby tego pytania.
- Wiesz, harujemy tak przez te siedem lat - zaczęła. - A potem prawie każdy idzie do Ministerstwa, na kurs aurorów, do opieki nad magicznymi stworzeniami... No i rzeczywiście, jest tego sporo i to na pewno zajmujące, ale zastanów się - podniosła się do pozycji siedzącej, czując, że się nakręca, jak zawsze, kiedy mówiła o swoich planach na przyszłość. - Mugole też wymyślili tyle fantastycznych zawodów - psycholog, architekt, a nawet coś tak przesłodkiego jak bukieciarz - i teraz sobie wyobraź, że nagle znikają wszelkie mugolskie granice, bo masz do dyspozycji magię - na jej usta wkraczał stopniowo szeroki uśmiech. - A ja marzę o zostaniu architektem, a z magią mogę być przecież takim architektem bez granic. Więc tylko wyobraź sobie, jakie ja będę w przyszłości budować domy!
Patrzył teraz na nią pod zupełnie kątem, z podziwem rosnącym w miarę jak mówiła mu o swoich planach coraz więcej.
I zachwyciły go nie tyle jej plany, co zapał, z jakim o nich opowiadała.
Trajkotała tak i trajkotała, a na jego ustach pojawiał się coraz szerszy uśmiech.
A mówiła przecież z matki babka dziada i wuj: nie interesuj się interesującymi dziewczynami, bo się z pewnością pogrążysz.


- Remus, dlaczego i ty nie przeniesiesz się do Jamesa? - zapytał Syriusz, zaglądając przez ramię Lupina, by przeczytać, co pisze do matki.
- Bo ja mam rodzinę, Łapa - odparł beznamiętnie.
Syriusz skrzywił się lekko.
- Dzięki, stary - mruknął.
- Nie ma za co - uśmiechnął się lekko Remus.
- Nie mógłbyś chociaż wrócić do nas po sylwestrze? - odezwał się James. - Wyobrażasz sobie, jak moja mama się ucieszy? No wiesz... co trzech dzieciaków, to nie dwóch!
- A twój ojciec?
Syriusz zachichotał, przypominając sobie hogwarckie opowieści pana Pottera. Z takim ojcem naprawdę trudno byłoby wyjść na kogoś "normalnego".
- Mój tata jest bardzo dojrzałym mężczyzną - zaprzeczył James niezbyt przekonująco. Wzruszył ramionami na widok niedowierzających spojrzeń przyjaciół. - Co nie zmienia faktu, że dużo się teraz dzieje, gdy ciebie nie ma.
- Ach tak? - mruknął, nie odrywając się od listu. - Co na przykład?
- Syriusz się zakochał - wypalił James.
- W Edith? - odparł beztrosko Remus, nawet nie unosząc wzroku.
Syriusz i James zamarli. Lupin w końcu podpisał się i spojrzał na nich, zupełnie spokojny.
- No proszę was, bez takich min - rzucił pobłażliwie.
- Skąd wiesz? - jęknął Black.
Remus wzruszył ramionami.
- Jesteśmy przyjaciółmi, pamiętasz? Najlepszymi.
Syriusz wyglądał, jakby za chwilę miał się rozpłakać i z beznadziejną miną opadł na łóżko Jamesa.
- To takie beznadziejne uczucie - poskarżył się.
- Mnie nie pytaj, ja cię nie zrozumiem - Remus uśmiechnął się szeroko, bardzo z siebie zadowolony.
- Dziękuję, Lunatyk, bardzo ci dziękuję. Nie ma to jak usłyszeć, że tylko mnie boli serce.
- Więc jej powiedz - Remus wzruszył ramionami.
Minę Blacka można by eufemistycznie nazwać niezachwyconą.
- No dobrze, więc teraz udzielę ci poważnej rady - westchnął Lupin. - I mówię absolutnie serio: powiedz jej, powiedz, zanim będzie za późno.
- Za późno? - zdziwił się James. - Co znaczy "za późno"?
- Zanim go zaszufladkuje - Remus westchnął i udał, że odczytuje napis zamieszczony na wyimaginowanej szufladzie. - "Moje mysiaczki-pysiaczki, które będę miziać po pyszczkach, kiedy poczuję się niekochana" - udał, że otwiera szufladę i przegląda jej zawartość. - Zobaczmy, co my tutaj mamy... O! James Potter... - przebierał palcami po niewidzialnych teczkach. - Peter Pettigrew... Remus Lupin!
Zatrzasnął swoją wyimaginowaną kartotekę i spojrzał po przyjaciołach. James i Syriusz wydawali się lekko przerażeni.
- No dalej! - Remus wyrzucił ręce w górę, kompletnie załamany. - Dlaczego zawsze to ja muszę w naszej paczce odgrywać rolę kobiety?!
- Dlaczego Syriusza nie ma w środku? - zapytał nieśmiało James.
- Bo relacja między Syriuszem i Edith zawsze była inna niż między nami i Edith - oznajmił po prostu, po czym spojrzał na zupełnie otępiałe miny przyjaciół i ręce mu opadły. - Tylko ja to zauważyłem, prawda? - jęknął załamany.
Przez chwilę w pokoju zapadła cisza.
- Skoro on zauważa takie rzeczy - mruknął powoli James. - To znaczy, że jest najlepszą kobietą z naszej trójki. A wewnętrznych kobiet trzeba słuchać, Syriusz - wziął głęboki oddech. - Powiedz jej, Łapa.
- Powiedz jej - dodał cicho Lupin.


Yahya uśmiechnął się na widok Vanilli, która podeszła do niego tanecznym krokiem. Uniósł w jej kierunku kieliszek i dziewczyna stuknęła o niego własnym.
- Za przyszły fantastyczny rok, Arabie! - oznajmiła uroczyście.
- I za ten, który właśnie minął, żabojadku! - odparł, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Allah akbar - odparła, pociągając łyk ze swojego kieliszka.Kąciki jego ust zadrgały.
- Ale to to już było niesmaczne - powiedział urażony. - Nawet jak na nasze rasistowskie żarty.
W odpowiedzi tylko uśmiechnęła się do niego szeroko. Kiedy to robiła, po prostu nie mógł się na nią gniewać.
Teraz to właściwie nie był w stanie sobie wyobrazić, jak mogli ze sobą kiedyś flirtować. Po tym, jak któregoś razu zniknęła na cały dzień - zatrucie żołądkowe, jak się potem okazało - zupełnie zmieniło się jej podejście do niego. I nawet nie żałował. Poza tym... no cóż, były wakacje. Skłamałby, mówiąc, że czuł się odtrącony - po prostu znalazł sobie inną dziewczynę (to przecież nic trudnego, kiedy wszystkie ganiają dookoła w bikini). A Vanilla była pierwszą w jego życiu dziewczyną, która zrozumiała to zachowanie, podsumowując je słowem "wakacje" i niewyszukanym, zbereźnym żarcikiem.
Teraz po prostu się kumplowali, celebrując swą relację jeszcze mniej wyszukanymi, rasistowskimi kawałami.
- Po raz pierwszy będę świętować sylwestra bez kurtki i szalika - oznajmiła, rozglądając się dookoła. - Chyba nie poczuję tej atmosfery tu, na plaży.
- Nie marudź - uśmiechnął się. - Nie chodzi o to, gdzie się bawisz, tylko...
- Tylko z kim? - podchwyciła, krzywiąc się na ten banalny frazes.
Roześmiał się, kręcąc głową.
- ... tylko o to, ile wypijesz - dokończył, jeszcze raz stukając w jej kieliszek, po czym, wciąż się uśmiechając, zniknął w tłumie.
- Z czego tak chichoczesz? - usłyszała głos przy swoim uchu i dreszcz przebiegł po jej skórze od szyi aż po końcówki palców. Antoine obserwował odchodzącego Yahyę. Czy dojrzała w jego oczach niepokój? Modliła się, by to było właśnie to.
- Zatańczymy? - rzuciła, nie czekając na odpowiedź i łapiąc go szybko za rękę, zaciągnęła go w stronę tańczącego tłumu. Jej biodra odruchowo zaczęły się ruszać w rytm muzyki. Antoine miał nieodgadnioną minę, ale Vanilla postanowiła się tym nie przejmować.
Taniec zupełnie ją pochłonął. Jeżeli uznać by go za dyscyplinę sportową, to miałaby już kolejną na długiej liście tych, z których była wyjątkowo dobra. Przysuwając się bliżej, musnęła palcami plecy, kark, szyję Antoine'a. Zdawała sobie sprawę, że ludzie zaczynają się na nich patrzeć, ale ani on, ani ona nie zwracali na to uwagi. Teraz, tańcząc, istniała tylko ich dwójka: Vanilla i Antoine.
Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, zarzucając mu ramiona dookoła szyi. Byli teraz na już tak blisko, że mogła wyczuć jego zapach, usłyszeć lekko przyspieszony oddech. Prawie dotykali się już ciałami, biodra poruszały się w tym samym rytmie.
- Vanilla, ja nie powinienem - wyszeptał cicho, a jego dłonie, zgodnie zaprzeczając słowom, powędrowały na jej plecy. - My nie powinniśmy - dodał błagalnym szeptem, ale nie cofnął rąk.
Jej prawa dłoń powędrowała w górę, zatapiając się w jego ciemnych lokach. Spojrzała mu głęboko w oczy, tym jednym spojrzeniem uciszając wszelkie jego "ale" i "nie".
Ich taniec nie był w żaden sposób wyzywający, zupełnie zwyczajny, ale atmosfera między nimi wydawała się w jakiś sposób bardzo napięta. Vanilla i Antoine zdecydowanie to wyczuwali, widział to też Yahya, który przyglądał im się od pewnego czasu.
- Nie żałujesz teraz, że to nie ty jesteś na jego miejscu? - zapytał stojący obok Malcolm, dostrzegając jego spojrzenie.
Yahya uśmiechnął się pod nosem.
- Teraz to na pewno - westchnął. - Ale tylko spójrz na nich. Chyba nawet ty wyczuwasz, że jest między nimi coś więcej. Jakby miały za chwilę zacząć trzaskać między nimi iskry...
Malcolm zasępił się.
- To bardzo dziwne... jeżeli wziąć pod uwagę to, że on ma dziewczynę.
Yahya spojrzał na niego, a potem z powrotem na Antoine'a i Vanillę, na ich złączone dłonie, na ich pochylające się w swoim kierunku sylwetki, na trudny do opisania słowami, zjawiskowy sposób, w jaki tańczyli.
- Jeżeli to co mówisz jest prawdą... - powiedział cicho. - I on rzeczywiście ma dziewczynę... To na jej miejscu byłbym więcej niż zaniepokojony.
Po raz ostatni zerknął w stronę tańczącej pary.
- Bardzo zaniepokojony - dodał cicho.


- Okej, kolejne pytanie. Dziedzina: różne.
- Uwielbiam tę dziedzinę - oznajmił Eryk, puszczając oko do Dorcas.
Po schodach na dół zbiegł Remus, szybko rzucając okiem na planszę rozrzuconą w salonie.
- A ty wciąż to samo, Lily?
- Ta gra rozwija korę mózgową - wyjaśniła jak ułomnemu.
- Taa... jestem pewny - odwrócił głowę w kierunku kuchni. - Głodny jestem. Jest coś do jedzenia?
Wychodząca z kuchni Rose pokręciła przecząco głową.
- Więc, jak to mówi nasz południowoeuropejski przyjaciel Eryk - za Remusem pojawił się Syriusz, wznosząc w górę dłoń w iście poetyckim geście. - "Gdzież jest ta białogłowa, coby mi ugotowała lunch..."?
William zakrztusił się popijaną właśnie herbatą, a Lily, sama rozpaczliwie próbująca powstrzymać śmiech, zaczęła pomocnie okładać go po plecach. Eryk spojrzał na nich i Syriusza z nieskrywaną obrazą.
- Nigdy niczego takiego nie powiedziałem.
- No dobra - zreflektował się Syriusz i opuścił dłoń. - "Na kolana i do kuchni!"
- Nie, nie, to nie tak - skarcił go James i odchrząknął. - "Kobieto, podaj piwo!"
Eryk rozejrzał się wokół, wodząc oczami po chichoczących znajomych.
- Naprawdę nie zabrzmiało to tak źle - próbował bronić się.
Lily wyprostowała się dumnie.
- "Kobiety do kuchni" - zakomunikowała głębokim barytonem, z przeraźliwie zaakcentowanym bułgarskim akcentem.
Tym razem nawet Fross nie powstrzymał wybuchu śmiechu.
- Brzmisz jak jakiś bałkański mafioso - zauważył i drgnął. - Czy ja naprawdę mam taki akcent? Uważam go za bardzo seksowny - szybko wplótł go w swoje słowa. - Czy brzmę tteraz jak prawdz-iwy miżczyzna? Iid-ith - odwrócił się w stronę zachwyconej Path. - Czy llec-isz neyy mój eyykc-iint?
- Proszę, przestań - jęknął Barton, ukrywając twarz w dłoniach. - Przynosisz hańbę całemu naszemu narodowi.
Wszyscy zanieśli się jeszcze większym śmiechem. Edith otarła łzy wierzchem dłoni.
- Mój ty męski chanie - zwróciła się do Eryka. - Budda zesłał ci mądrość, więc jako twoja niewolnica chętnie wyprawię się na bazar zakupić macę dla twojego haremu.
Wszyscy spojrzeli na nią z nabożnym podziwem.
- Zdajesz sobie sprawę, że właśnie zmieszałaś ze sobą prawie kilkanaście różnych religii i obyczajów? - zapytał niepewnie Remus.
- Macę doprawia się krwią nowo narodzonych niemowląt lub dziewic - oznajmiła z mądrą miną.
- Jest i chrześcijaństwo! - zakrzyknął uradowany James.
- Nie, James - Remus odwrócił się w jego kierunku z obrzydzeniem. - Chrześcijaństwo to nie to samo co antysemityzm.
James przewrócił oczami.
- No to antysemityzm wśród chrześcijan - przyznał niezadowolony, niechętnie idąc na kompromis.
- W każdym razie, pójdę do sklepu - oznajmiła Edith i twarz rozświetliła się jej w nagłym przebłysku geniuszu. - Po latające spaghetti!
Eryk oniemiał z zachwytu, a jego ręce odruchowo zaczęły bić brawo.
- To nie było aż tak genialne - zaprzeczyła Lily. - Ta religia czci potwora, a nie samo spaghetti.
- Syriusz pójdzie z tobą - oznajmił James, by zakończyć kolejną rozwijającą się dyskusję. - I tak musi coś ci powiedzieć.
- Co powiedzieć? - podłapała Edith, od razy zapominając o sporze dotyczącym Latającego Potwora Spaghetti.
Syriusz zobaczył zapalające się w jej oczach ogniki i szybko zdał sobie sprawę z tego, że tym razem nie odpuści. Wiedział, że przecież nic nie powie, ale i tak ogarnęła go narastająca panika.
- No, Syriusz? - Edith wycelowała w niego palcem.
Cofnął się o krok, czując się przyparty do muru - i przenośnie, i dosłownie. Sama myśl o tym, co powinien powiedzieć, sprawiła, że przestał myśleć racjonalnie.
- Słyszeliście, że - zająknął się, zupełnie przerażony. Nagle wydało mu się, że znajduje się w sytuacji bez wyjścia, że świdrujące go oczy Edith już wiedzą, co chce powiedzieć, że za chwilę wymsknie mu się to z ust...
- Co słyszeliśmy, Syriusz?
- Słyszeliście już pewnie, że... - jęknął.
Na Merlina, musi teraz coś wymyślić, byle szybko, byle szybko, powiedzieć cokolwiek, żeby tylko odwrócić uwagę od siebie... Jezu, żeby tylko na coś wpadł, coś powiedział, cokolwiek... Jego wzrok padł na Jamesa.
- Słyszeliście już pewnie, że James całował się z Britain, prawda? - wyrzucił z siebie, zanim zdążył pomyśleć.
Edith zamarła, a James wytrzeszczył na niego oczy i miał taką minę, jakby Syriusz dopiero co przywalił mu w tył głowy jakimś tępym narzędziem.
Na chwilę w pomieszczeniu zapadła cisza, ale głowa Edith zaczęła się powoli i nieuchronnie obracać w kierunku Jamesa.
- Statek, paw, sieć...? - prawie wykrzyknęła Lily w stronę Eryka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz