Rozdział 31 - Alicja postanawia być mężczyzną w tym związku


18 grudnia, sobota

- Czy to ten żałosny okres, kiedy zadaje się dziewczynom pytania, czy chcą ze mną iść na bal?
- Nie, Syriusz, to ten żałosny okres, gdy spędza się w sklepie cały weekend, wybierając sukienkę.
- Rose, moje ty słońce - rozczulił się Black i wyciągnął rękę, próbując ją poczochrać. - Chcesz iść ze mną?
Uciekła szybko w stronę Lily, łapiąc ją kurczowo za ramię. Szli właśnie w stronę Hogsmeade i szybko uznała kupowanie sukienki za to mniejsze zło.
- Chyba... nie - stwierdził James z mądrą miną. Syriusz przewrócił oczami.
- Daj jej czas, Łapa - uśmiechnęła się złośliwie Alicja. - Teraz jest przerażona wizją zakupów, ale wkrótce zda sobie sprawę, że pójście z tobą na bal świetnie wpasowuje się w plan unikania Corberga.
Rose rzuciła jej piorunujące spojrzenie.
- Może ty ze mną pójdziesz, Alicjo - rzucił Syriusz. - Świetnie wpasuje się to w plan udawania, że wcale nie jesteś zakochana we Franku Longbottomie.
Rose zatriumfowała, gdy policzki Houckson pokryły się szkarłatnym rumieńcem. James przyspieszył i objął dziewczynę od tyłu.
- Nie wstydź się, Houcky - powiedział przyjacielsko. - Wszyscy już dawno wiemy, tylko Frank nie.
Skrzywiła się i uderzyła go łokciem w brzuch.
- Cholera, chłopcy, mogliście chociaż udawać - mruknęła i wycelowała wskazujący palec w szczerzącego zęby Jamesa. - I nie nazywaj mnie "Houcky". Chyba nie muszę ci mówić, z czym mi się to kojarzy?
James podrapał się po głowie i już po chwili go olśniło.
- O, sory, Alicjo.
- No właśnie.
Przeszli jeszcze kawałek w milczeniu i zatrzymali się przed ulicą pełną różnorakich sklepów. Rose westchnęła.
- Rozdzielamy się? - rzuciła błagalnym tonem Lily. - My idziemy po sukienki, a wy po te... no... surduty.
Alicja prychnęła rozbawiona, a James leniwie przeciągnął się.
- Raczej wybieram piwo - westchnnął ospale, a reszta facetów zgodnie pokiwała głowami.
Rose jęknęła.
- Powinnam być mężczyzną - machnęła dłonią i rozpaczliwie uderzyła się nią po czole.
- Nie dramatyzuj, Rose - rzuciła wesoło Edith. - To oczywiste, po prostu spójrz na nich - wyciągnęła rękę i chwyciła między kciuk a resztę palców twarz Syriusza, przyciągając go do siebie i gniotąc mu niemiłosiernie policzki. - Co za buźka, Rose - Odwróciła twarz Łapy w swoją stronę i skopiowała rybią minę przyjaciela. - Temu to we wszystkim będzie ślicznie, prawda?
Britain zachichotała i odwróciła wzrok.
- Ja też tu się rozdzielę. Obiecałam Violette, że spotkamy się w sklepie Madame Terrare.
- Terrare? - uniosła wysoko brwi Edith. - Stara Włoszka, absolutna wariatka.
Britain skrzywiła się niepewnie, a reszta dziewczyn spojrzała oskarżycielsko na Edith.
- Nie, nie, koniecznie tam pójdź, Brit! - zreflektowała się Path. - Szyła suknię ślubną dla mojej mamy - jest zupełnie popieprzona! Robi albo absolutnie genialne rzeczy, albo stuprocentowe paskudztwa. Nie ma mowy, żebyś nie rozróżniła - zachichotała.
Britain obserwowała z niepokojem trajkoczącą Edith, zastanawiając się, czy wyznać, iż zupełnie nie zna się na modzie i tak się składa, że może tego właśnie nie rozróżnić.
- No dobra, to zbieramy się - rzuciła blondynka, poganiając przyjaciółki. - Spotykamy się w Miotle o czwartej. Pasuje? - wszyscy pokiwali głowami. - Jeżeli nic nie znajdę, też wpadnę do Terrare. Chwila! - olśniło ją. - Może od razu tam pójdziemy, żeby pomóc ci ocenić?
Britain przełknęła głośno ślinę. Paradowanie po przebieralni w pokręconych sukienkach przed jedną przyjaciółką i tak wystarczająco ją przerażało. Paradowanie przed idealnie pięknymi Rose i Edith byłoby już zdecydowanie ponad jej siły.
- Nie, dzięki Ed, sama sobie poradzę - rzuciła.
Path pokiwała głową, zupełnie nieurażona.
- Jasne - rzuciła wzrokiem w stronę oddalających się już dziewczyn i szybko cmoknęła Britain na pożegnanie w policzek. Obróciła się i pognała za dziewczynami.
- A, i nie pytaj o zdanie Madame - rzuciła szybko na odchodnym. - Jest zupełnie nieprzewidywalna.
Britain przełknęła głośno ślinę, rozpaczliwie zastanawiając się, czy słusznie odrzuciła propozycję Edith. Ruszyła niechętnie w stronę sklepu Madame Terrare.
Całe szczęście, że będzie miała przy sobie Violette, która tak świetnie zna się na modzie.
Ale my chyba wszyscy wiemy, co to oznacza.


Mierzyła długą, białą sukienkę z lekkiego, ale zupełnie kryjącego materiału, który marszczył się i szeleścił delikatnie w bardzo piękny sposób przy każdym jej ruchu. Z przodu odkrywał jedynie poziomy pas jej skóry na obojczykach i blade, delikatne ramiona Britain. Biały, prosty materiał, który zwężał się lekko jedynie przy talii, marszczył się na ramionach jak w tunikach greckich bogiń, po czym opadał dwoma odległymi od siebie pasami, zupełnie odsłaniając plecy Britain.
Britain uniosła w górę swoje włosy, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądać, gdy będą już związane. Gdy podniosła ręce, materiał delikatnie zaszeleścił. Przekrzywiła głowę i jeszcze raz obróciła się, by spojrzeć na odbicie pleców w lustrze. Zagryzła usta i poskoczyła, natychmiast obracając się, gdy dobiegł ją zniecierpliwiony głos Violette.
- Mogę już?
Przyjaciółka szybko odgarnęła zasłonę i zamarła.
Powód, dla którego zaciągnęła Britain do Madame Terrare był aż zbyt oczywisty. Jej plan napotkał jednak pewną przeszkodę w postaci tej właśnie sukienki, którą Colper od razu ściągnęła z wieszaka.
Patrząc na Britain, Violette zagryzła wargi. Dziewczyna wyglądała w kreacji naprawdę ładnie, jednak Violette, która nad zainteresowanie ubraniami i kosmetykami przekładała jedynie zainteresowanie przystojnymi chłopakami, szybko wyobraziła ją sobie umalowaną i uczesaną, a ten obraz był naprawdę oszałamiający. Nie miała więc zielonego pojęcia, jak zniechęcić Britain do tej sukienki i wpatrując się w jej delikatnie muskularne gołe plecy przeklinała dzień, w którym zabrała ją do Madame Terrare.
Britain zerknęła na przyjaciółkę, która zagryzała wargi, gapiąc się na głęboki dekolt sukienki, co niestety potwierdzało jej obawy.
- Co uważasz? - zapytała nieśmiało.
- No nie wiem - powiedziała po chwili Violette, wciąż uparcie starając się znaleźć jakiś minus tej kreacji. Ogarnęła wzrokiem Britain.
Lekko złamana biel podkreśla tę piękną czerwień jej włosów, a długość sukienki zakrywa niezbyt zgrabne, krzywawe od jazdy konnej nogi.
- Nie wiem... - powtórzyła, przenosząc wzrok na plecy. - Sukienka bardzo piękna - poddała się. - Tylko...
Zająknęła się, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Te plecy! - wypaliła Britain.
- Te plecy... - powtórzyła, ożywiając się, Violette, szybko kryjąc zdziwienie i niedokładnie wiedząc, o co chodzi dziewczynie.
... zadbane, szlachetnie blade, z idealną dla dziewczyny muskulaturą... Świetne miejsce na dekolt, zważając na to, że ona jest prawie zupełnie płaska.
- Ten dekolt jest chyba za duży.
Violette szeroko otworzyła oczy, iskierka nadziei przemieniła się w całkiem spore ognisko. W myślach Violette już wyskakiwała dookoła niego taniec zwycięstwa.
Britain odebrała milczenie przyjaciółki tylko jako potwierdzenie i sposób, by nie mówić jej niemiłej prawdy, więc powoli zaczęła się nakręcać w tym samobiczowaniu.
- Tak jak mówiłaś, to piękna sukienka, ale ja mam dopiero niecałe szesnaście lat... I ten dekolt wygląda trochę śmiesznie na tym moim dziecięcym ciele...
Idiotka. Boże, co za idiotka.
- Brit, przestań - przerwała jak troskliwa przyjaciółka. - Jesteś dla siebie zbyt surowa. Ta sukienka jest po prostu zbyt wyzywająca, szczególnie dla osoby jak ty - nie dziecinnej, ale po prostu delikatnej. To twój pierwszy bal i - przepraszam, że ci to mówię, ale przyjaciółki muszą sobie mówić nawet najgorszą prawdę - nie możesz wyglądać jak wystrojona kobieta, ale spod latarni.
Britain wytrzeszczyła oczy, żałując, że przyjaciółka jest w tym samym pomieszczeniu, bo miała ochotę od razu zedrzeć z siebie ten lekko mglisty materiał. Violette stawała na rękach, krzyczała i robiła piruety wokół swojego ogniska. Madame Terrare przeszła obok nich jak lunatyk, rzucając tylko:
- Ślicznie wyglądasz, kochanie.
Violette uśmiechnęła się i pokręciła palcem przy swojej skroni, na co Britain odpowiedziała nerwowym chichotem. Sendes wyszła z przymierzalni i zasłona szybko zasunęła się. Violette z łatwością wyobraziła sobie Britain czym prędzej wyskakującą z sukienki. Uniosła wzrok na wieszak i przyjrzała się wybranym przez nią dla "przyjaciółki" kreacjom. Szeroki uśmiech wpełzł na jej usta.
Zabawa rozpoczęta.


- Chłopcy! - zawołała wesoło Edith, machając im znad tłumu ręką obciążoną trzema zakupowymi torbami. James uśmiechnął się i ruszył, żeby jej pomóc. Po chwili wrócił do stolika z czterema obładowanymi dziewczynami. Rose z trudem wspięła się na stołek i położyła głowę na stole, przyciskając policzek do zimnego blatu.
- Piwa! - krzyknęła zachrypniętym głosem.
Edith zachichotała i wepchnęła swoje torby pod stół, po czym obróciła się w stronę baru.
- Lily? - rzuciła.
- Ja chcę gorącą czekoladę, za chwilę chyba zamarznę - powiedziała, z wdzięcznością przyjmując podsuwany jej przez Remusa sweter. Edith skinęła głową.
- A, i powiedz Syriuszowi - rzucił James. - Żeby kupił mi jeszcze jedno kremowe. Wisi mi jedno - pochwalił się Lily. - Od kiedy Madame Rosmerta odmówiła pójścia z nim na bal.
Lily uśmiechnęła się szeroko i potargała mu włosy. Edith zniknęła w tłumie, kręcąc na bok głową i stając na palcach, by wypatrzyć Syriusza. Nie widziała prawie niczego, więc po prostu ruszyła w stronę baru. Na chwilę odwróciła głowę i od razu na kogoś wpadła. Zaklęła cicho, ale nie musiała nawet podnosić głowy, by poznać, na kogo się wpakowała.
- Boże, Fross, schudnij trochę, bo, nieważne gdzie pójdę, zawsze na ciebie wpadam.
Eryk wyszczerzył zęby i schylił się, by wyszeptać jej coś na ucho. Otworzyła szeroko oczy, zdziwiona.
- Znasz ją w ogóle?
Nie usłyszała, co odpowiedział, wychwyciła tylko słowo "szpital".
- Myślisz, że się zgodzi? - zapytał.
- Myślę, że raczej nie wiem. Włącz swój osobisty wdzięk i przygotuj się na lanie, tyle ci powiem - skrzywił się, zdziwiony. - A teraz suwaj się, tłusta klucho, idę szukać Syriusza.
Przepuścił ją, rozbawiony. Przez chwilę wydawało jej się, że przy barze mignęło jej spojrzenie Łapy, ale szybko zakrył go tłum. Wpychając łokcie w brzuchy i oczy ludzi dookoła, dotarła w końcu do baru, gdzie rzuciła się na szyję odwróconemu do niej plecami Syriuszowi. Cmoknęła go szybko w policzek i wślizgnęła się na dopiero co zwolnione miejsce obok.
- James chce jeszcze jedno piwo - powiedziała wesoło.
- Już zamówiłem - odparł ponuro Syriusz. - Zbyt dobrze go znam, by wiedzieć, że ten skąpiec nigdy nie odpuści.
Roześmiała się perliście i paru facetów dookoła obejrzało się, taksując ją wzrokiem.
- Dwie gorące czekolady i piwa kremowe - rzuciła. - Dasz mi się napić trochę twojego piwa, prawda...?
- Jasne, Ed - rzucił szybko i odwrócił się w jej stronę. - A teraz ważne pytanie - odchrząknął i westchnął. - Pójdziesz ze mną na bal?
Odebrała swoje gorące czekolady i lała na nie właśnie tonę bitej śmietany.
- E-e - pokręciła głową, nawet na niego nie patrząc.
- Nie no Path, mówię serio - uniósł jej głowę, by na niego spojrzała. - Nie pytam jak wtedy Rose czy Rosmertę. Droga Edith Path, czy chcesz pójść ze mną na bal? - zrobiła zdziwioną minę i oblizała resztkę bitej śmietany z palca. Lekko już zniecierpliwiony, złapał ją za dłoń i odciągnął od twarzy. - Proszę, Edith - powiedział cicho. - Chodź ze mną na bal.
Zdziwienie na jej twarzy zamieniło się w minę, której raczej nie lubił i której właśnie się obawiał.
- Syriusz, jestem zaskoczona twoim gentlemanismem, ale idę już z kimś innym.
Tym razem nie obronił jej nawet koślawy angielski. Skrzywił się.
- Z tym kolesiem, z którym się tak ładnie przytulałaś? - powiedział z nutką złości i ironii w głosie. Wyczuła ją i natychmiast przestała się uśmiechać.
- Wyobraź sobie, że nie - mruknęła, zabierając tacę z napojami. Wstała i odwróciła się tuż przed tym, jak znikła w tłumie. - Idę z Glizdkiem.
Jakby ktoś go uderzył łomem po głowie. Machnął ręką.
- Masz trochę Ognistej, Rosmerta?


- Jesteśmy największymi kujonami w historii - rzuciła do Remusa Rose. - Aż czasami jest mi przykro, że tylko my tu zostajemy.
- Niczego nic mi już nie mów - jęknął Lupin. - Haruję na potęgę, a Black i Potter i tak dostają zawsze najlepsze oceny, bo są chorobliwie zdolni.
- Mam Lily - pomachała piórem nad głową. - Więc nic mi nie mów.
- Lily spędza pół dnia w bibliotece.
- No dobra, wygrałeś - ziewnęła. - Wiesz, ja już będę za chwilę uciekać. Nie wiem, czy jest sens, żebym tutaj siedziała.
- No dobra, Rose, dobranoc. I tak wiedziałem, że tak długo nie wytrzymasz.
Właśnie brała torbę z podłogi i w tej pozycji zastygła. Opadła z powrotem na kanapę z głośnym westchnieniem.
- Musisz być takim sadystą?
Uśmiechnął się rozbrajająco.
- Smutno mi będzie bez towarzystwa.
Położyła nogi na stole i odchyliła głowę do tyłu.
- Remus?
- Hmm...? - wymamrotał, pochylony nad pergaminem i z piórem w ustach.
- Czy ja przypominam Edith?
Uniósł głowę, wyjął pióro z ust i ostrożnie ułożył je na stole.
- Ty i Edith jesteście zupełnymi przeciwieństwami, Rose.
- Nie, nie o to mi chodzi - machnęła ręką. - O zachowanie. Czy jej wpływ na mnie jest widoczny?
Remus rozmasował kark i odchylił się na fotelu.
- Może... w pewien sposób? Nie wiem. Edith wywiera całkiem duży wpływ na ludzi dookoła. Chodzi ci o podłapywanie jej zachowań?
- Właśnie.
- Ale co dokładnie masz na myśli?
- No nie wiem... ostatnio rozmawiałam z Bartonem i zaczęłam paplać jakieś głupoty, takie rzeczy bez sensu na jednym tchu. No i mu to nasunęło na myśl Edith...
Remus uśmiechnął się.
- Tu chyba nie chodzi o wpływ, Rose. Takie paplanie od czasu do czasu każdemu się zdarza, może Edith częściej niż innym - zamarł na chwilę i oboje roześmieli się. - Może po prostu słuchając tego jej trzebiotania nabrałaś w tym wprawy i tyle.
- Może - Rose okręciła wokół palca pasmo włosów. - Rozmawiałam ostatnio z Vanillą, a ona ma jakiegoś świra na punkcie niekopiowania zachowań innych.
- Daj spokój, Rose. Vanilla ma ogólnego świra.
- Nie, nie o to mi chodzi. Ale spójrz na to, jak dużo się zmieniło od czasu, gdy się pojawiła. Jesteśmy teraz wszyscy przyjaciółmi. Oczywiście, to nie jest stuprocentowo jej zasługa, ale mam wrażenie, że dzięki tej jej nadmiernej energii - czasem mam ochotę urwać jej łeb, ale to już inna sprawa - Remus uśmiechnął się zrozumiale pod nosem. - My i Lily jakoś się otworzyłyśmy, więc kiedy Barton...
Zamilkła. Remus uśmiechnął się do niej uspokajająco.
- Jak to w ogóle jest z tym Bartonem, Rose? Jeśli mogę spytać.
Rose zagryzła wargę.
- Bardzo dobrze wcielam się w rolę najlepszej przyjaciółki - Remus nachylił się zachęcająco w stronę dziewczyny. - Podoba ci się czy nie?
Rose zmrużyła oczy i zaraz uniosła wysoko w górę brwi.
- A Edith, moja droga przyjaciółko? Jesteś w niej zakochany, czy nie?
Przez jego twarz przez chwilę przebiegł grymas zaskoczenia, ale po chwili uśmiechnął się szeroko i założył ręce za głowę, kładąc się na oparciu fotela.
- Jeżeli to pytanie miało mi zamknąć usta, to niestety muszę cię zawieść. Pytanie za pytanie?
Zmrużyła oczy i skinęła głową.
- Chyba tak. Ale tylko odrobinkę. Myślę, że z każdym dniem zamienia się to w coraz większe przywiązanie. Wiesz, kiedy tu się pojawiła, wyglądała na absolutny ideał. Ale teraz, gdy ją już lepiej znam... te jej szaleństwa na pokaz, brawura... straszny z niej dzieciak. Jest jak siostra, którą trzeba się opiekować, aczkolwiek byłbym lekko zazdrosny, gdyby zaczęła się z kimś umawiać tak na serio.
Skrzyżował ręce, zadowolony z siebie. Rose przeczesała palcami włosy.
- To było zaskakująco szczere, Remus.
- Powiedziałem, ci, umiem grać przyjaciółkę. Teraz moje pytanie.
Westchnęła.
- Nie wiem, jak to jest. Całkiem go lubię, ale nie wiem jeszcze, czy w odpowiedni sposób. Chciałabym spędzać z nim czas, dobrze się bawić, ale z tym wszystkim łączą się takie okropne formalności jak randki, bal...
- Szszsz... - wciął jej się w zdanie.
- Nie szyszaj na mnie! - automatycznie odszepnęła z oburzeniem.
Remus wpatrywał się w jakiś punkt za jej plecami i odchrząknął.
- Cześć, Frank, przyszedłeś się pouczyć?
Rose odwróciła się szybko. Frank schodził powoli na dół, wpatrując się tępo w podłogę.
- Co ty tu robisz o tej porze?
Frank zszedł w końcu na dół i ruszył w stronę wyjścia. Wstali i zastąpili mu drogę.
- Co robisz? - powtórzyła Rose.
Chłopak podniósł głowę i spojrzał się na nią tępo.
- Szukam perfekcyjnego kształtu.
Rose zmrużyła oczy.
- Co?
- Perfekcyjny kształt. Muszę go znaleźć.
Remus roześmiał się i wyciągnął rękę, by go trącić, ale Rose szybko go powstrzymała. Spojrzał na nią zdziwiony.
- Frank, może zrobimy to jutro, co? - powiedziała cicho. - Wtedy ja też poszukam.
Frank zawzięcie pokręcił głową.
- Nie mogę jutro. Potrzebuję go.
- Czy on... lunatykuje? - jęknął Lupin, a na jego twarzy pojawił się rozbawiony wyraz. Rose skinęła głową, a Frank spróbował ich wyminąć. Remus powstrzymał go ręką. - Może chociaż skoczę szybko po pelerynę niewidkę, co?
Longbottom otworzył szeroko oczy.
- Nie mam tyle czasu, muszę się spieszyć - obszedł ich i otworzył dziurę w portrecie.
Rose spojrzała na Remusa i zachichotała. Jednocześnie ruszyli za powoli rozpędzającym się Frankiem.
Korytarz był zupełnie pusty i bose stopy Franka wydawały charakterystyczny odgłos na lodowatej posadzce. Remus i Rose biegli na palcach tuż za nim, lekko pochyleni i zagryzający pięści w obawie przed nagłym atakiem śmiechu. Frank to przyspieszał, to zwalniał, wciąż mamrocząc pod nosem jakieś absolutne bzdury, od czasu do czasu otwierając jedną z klas lub kładąc się na podłodze.
- Co on, do cholery, robi? - jęknęła Rose, dławiąc się obserwując leżącego na ziemi Franka. Czuła, jak łzy zaczynają powoli gromadzić się w jej oczach.
Frank obrócił głowę i przycisnął ucho do posadzki, przymykając oczy.
- Lód, lód, czuję lód, to idealny odgłos... prawie idealny... nie kształt, przecież to dziecinnie proste... kobieta nie jest idealną formą...
Remus zakrztusił się i prawie pożarł swoją pięść. Frank nie zwrócił na to uwagi, wstał, otrzepał się i ruszył w stronę stojącej po drugiej stronie korytarza zbroi. Rose drgnęła.
- Nie, Frank, naprawdę to nie jest najlepszy pomysł...
- ... idealny kształt... - jęknął Lupin.
Zanim zdążyli go powstrzymać, chłopak dotarł do eksponatu i szarpnął za napierśnik, czego efektem był wielki huk, gdy cała zbroja posypała się na ziemię.
- Kto to?! - usłyszeli wściekły wrzask niebezpiecznie blisko.
- Czas na nas - rzucił Remus. Za zakrętem usłyszeli pospieszny tupot stóp, więc złapał Rose za rękę i sprintem puścili się w przeciwną stronę. Otumaniony Frank ruszył za nimi.
- Widzę cię! - wrzasnął Flich, najprawdopodobniej na Franka, truchtającego z hełmem pod pachą. Remus rozejrzał się szybko, po czym naparł ramieniem na marmurową figurę hipogryfa, odsłaniając znajdujące się za nim przejście i wciągając do niego za sobą Rose. Wejście zatrzasnęło się dokładnie w chwili gdy na korytarzu pojawił się woźny. Zdążyli jedynie uchwycić okiem, jak Frank podnosi w górę Panią Norris.
Rose kaszlnęła z powodu kurzu. Przejście okazało się drobnym niby-schowkiem i ona z Remusem ledwo się w nim mieścili. Stali w absolutnej ciemności, ściśnięci, oboje oparci o ściany, głośno dysząc i próbując się nie roześmiać.
- Prawie perfekcyjny kształt - dobiegł ich głos Franka, poprzedzający przerażone piski kotki.
Rose przycisnęła usta do ramienia Remusa, całkiem mocno się trzęsąc. Oparł brodę na jej głowie, mocno zagryzając zęby. Z łatwością mogli sobie wyobrazić, jak Frank obraca kota w powietrzu.
- Trzymaj się, Rose - szepnął Remus.
- Co ty robisz - usłyszeli przerażony głos Filcha. Musiał stać tuż obok pomnika. - Oddaj ją, ty smarkaczu! Oddawaj ją!
Remus przygarnął do siebie Rose, która trzęsła się wręcz spazmatycznie od tłumionego śmiechu. Twarz przycisnęła gdzieś w okolicę jego szyi.
- Biedna Pani Norris, biedna... Co ty robisz, ty idioto, co ty... NIE ODCHODŹ STĄD, ROZUMIESZ?!
Usłyszeli odgłos zaklęcia i na chwilę zapanowała cisza. Rose uniosła głowę znad ramienia Lupina i zmrużyła oczy, kierując spojrzenie w górę. Remus pochylił głowę w jej stronę i w ciemności błysnęły jego rozbawione oczy. Uśmiechnął się do niej szeroko.
- Ale... gdzie ja jestem? - dobiegł ich szczerze zdziwiony, zduszony głos Franka. - Co ja tu robię?
Remus prychnął, zanim Rose zdążyła mu zasłonić usta.
- Nie wytrzymam - wyjęczał cicho w jej włosy, a ona zdobyła się jedynie na zgodne pokiwanie głową.
Oparła dłonie na jego klatce piersiowej i z powrotem do niego przylgnęła, nie mogąc zupełnie się opanować, gdy Filch bez końca ochrzaniał Franka. Oboje, szaleńczo chichocząc, próbowali wciąż uciszać siebie nawzajem, ale to tylko pogarszało sprawę. Woźny nie przestawał wrzeszczeć, a oni nie mogli się uspokoić, nabijając się z niego, Franka, siebie samych, tego ciasnego schowka i dziwacznej sytuacji. Remus pochylił się i zbliżył usta do policzka Rose.
- Hej, Rose, pójdziesz ze mną na bal?
Pokiwała zawzięcie głową, gryząc wargi i kurczowo zaciskając palce na wystarczająco zmiętolonej już koszuli Remusa.


Alicja poddała się.
Sprawy z Frankiem zaszły już naprawdę daleko i prawie już byli razem. I od tego czasu wszystko się stopniowo sypało.
Najpierw on się obraził o nie wiadomo co. Potem próbował to naprawić, ale ona zaczęła spędzać czas z Williamem, próbując wzbudzić we Franku zazdrość. Potem dała sobie z tym spokój, ale atmosfera między nimi była jakoś dziwnie napięta. A gdy ta bariera zaczęła powoli znikać, stało się TO, ostatni gwóźdź do trumny.
Może i całe to zmieszanie wokół szukania partnerów na bal było absolutnie żałosne, ale w ich przypadku mogło całkiem pomóc. Nie musiałaby tłumaczyć się z niczego Williamowi, nie musiałaby dawać Frankowi żadnych innych dowodów na to, że to właśnie jego lubi. Ale oczywiście nie mogłoby być to takie proste, a wydarzenie sprzed paru godzin jednoznacznie dało znać Alicji, że między nią a Frankiem nic już nie będzie i że powinna przestać wierzyć w to, co już minęło.
Mieli dziś razem wyjść na spacer, pogadać, bo już tak dawno szczerze nie rozmawiali. Dobrze wiedziała, że ma zamiar zaprosić ją na bal, bo kiedy się umawiali, miał te swoje urocze rumieńce na policzkach.
A potem pojawił się William i to on wypalił z tym pytaniem. Nie mogła odmówić, bo powiedział to tak bardzo błagalnym tonem, a dookoła stało mnóstwo innych osób. Zgodziła się więc bez zastanowienia, a myśl, co to właściwie znaczy i jak się z tego wyplątać dopadła ją dopiero w momencie, gdy szczęśliwy Bułgar wręczał jej drobnego, dopiero co wyczarowanego kwiatka. Will mógł jej się nie podobać, ale wciąż bardzo go lubiła i ten drobny gest sprawił, że na chwilę zapomniała o jego intencji. Obserwująca wszystko z boku Edith wyznała potem, że przez ten pełny rozczulenia uśmiech wyglądała zupełnie jak w siódmym niebie. Uśmiech ten jednak momentalnie zgasł, gdy unosząc wzrok, napotkała wpatrzone w nią, smutne oczy Franka, który bąknął coś o pracy domowej i popędził w stronę pokoju wspólnego.
Aż do kolacji włóczyła się po szkole, gnębiona przez myśli samobójcze i w końcu opowiedziała wszystko Edith, od której przecież wszystko to się zaczęło. Wpychając sobie w usta wszystkie możliwe słodycze ze stołu, dodała jeszcze, że bogowie najwyraźniej uwzięli się na niej i że wszystko absolutnie się posypało. Path przyznała jej rację i uznała, że rzeczywiście powinna sobie odpuścić, chyba że jest gotowa na ostatnią, desperacką próbę ratowania tej żałosnej miłości.
Minęła szybko kolejny korytarz i wskoczyła na schody, które przesunęły się w stronę drugiego piętra. Wdrapała się po nich i skręciła w prawo, popychając pierwsze drzwi napotkane po drodze. Siedzący na parapecie naprzeciwko drzwi Frank zeskoczył z niego pospiesznie. Na jej widok przez jego twarz przebiegł nieodgadniony grymas.
- Alicja? - zdziwił się.
Z rozbawieniem wskazała na książkę leżącą na parapecie obok ścierek i szczotek.
- Coś ci nie idzie to sprzątanie.
Wzruszył ramionami.
- Bo niezasłużone. Nie moja wina, że lunatykuję.
Roześmiała się i ruszyła w jego stronę. Frank usiadł na ławce.
- Szczerze przepraszam za brak żartu dotyczącego twojego podobieństwa do Flicha, ale doprawdy nic innego niż przetłuszczone włosy i krzywy nos nie przychodzi mi do głowy.
- Frank, ubóstwiam twoje poczucie humoru, ale jestem naprawdę zestresowana i jeżeli powiesz coś o zoofilii, to ucieknę z tej sali - wypaliła szybko.
Uniósł wysoko brwi i skinął głową. Alicja zamknęła drzwi i splotła palce u dłoni za plecami.
- Teraz serio: opowiem ci teraz coś w rodzaju historii mojego życia, słowem, ośmieszę się zupełnie.
- Ale dlaczego?
- Bo... bo mam nadzieję, że to docenisz.
- Zamieniam się w słuch.
- Nie, Frank, naprawdę serio.
Zamarł z otwartymi ustami i skinął głową.
- I nie przerywaj mi, proszę.
- Dobrze - zgodził się.
Wzięła głęboki oddech.
- Więc wszystko zaczęło się od... od tamtego szlabanu, gdy prawie się pocałowaliśmy.
Uniósł brwi wysoko w górę, a ona miała ochotę spalić się ze wstydu.
- Wiem, że nigdy o tym nie wspominaliśmy i właściwie zachowywaliśmy się, jakby nigdy się to nie zdarzyło, ale prawda jest taka, że byłam w tym okresie chorobliwie w tobie zakochana i miałam nadzieję, że to... że to nas dokądś zaprowadzi.
Patrzył się na nią uważnie, z jakimś nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Ale od tamtego czasu prawie w ogóle ze mną nie rozmawiałeś. No i pojawił się ten chłopak, William - zagryzła usta. - Który jest przemiły i chyba strasznie we mnie zakochany, ale zupełnie nie traktuję go jako kogoś więcej niż przyjaciela.
Coś zmieniło się w oczach Franka. Alicja kontynuowała chwiejnym głosem.
- I zaczął się, mówiąc szczerze, nieco narzucać. Spędzałam z nim mnóstwo czasu, który stokroć bardziej wolałabym wtedy spędzić z tobą - głos się jej załamał. - Ale ty przestałeś się do mnie odzywać, jakbyś się obraził, więc pomyślałam, że... Pomyślałam, że wstydzisz się tego, że cię poniosło i że głupio ci, bo nie chcesz mieć tak naprawdę ze mną nic wspólnego.
Przełknęła ślinę. Frank patrzył na nią smutnymi oczami.
- I wtedy pojawiła się Chlorissa ze swoimi złotymi radami. Powiedziała mi, że najlepszym rozwiązaniem będzie kontynuowanie spotykania się z Williamem, żeby... - spojrzała na niego. - Boże, ale ze mnie kretynka...
Frank spuścił wzrok i po chwili podniósł go na Alicję, która uparcie wpatrywała się w podłogę.
- Jedynym powodem, dla którego przestałem z tobą rozmawiać - powiedział powoli przygnębionym głosem. - Było to, że byłem o ciebie wściekle zazdrosny.
Alicja powoli podniosła głowę, wpatrując się w skrzywiony, gorzki uśmiech Franka.
- Nie mogłem patrzeć na ciebie, myśląc, że spędzasz więcej czasu z jakimkolwiek innym facetem - zamilkł na chwilę. - Podejrzewam, że taktyka Chlorissy miała na celu... wzbudzenie we mnie zazdrości?
- Jezu - jęknęła Alicja, słysząc, jak głupio to brzmi. Frank pokiwał głową - Ale ta cała dzisiejsza akcja z Willem - chłopak skrzywił się. - Ona nie była częścią planu, już go dawno porzuciłam. Po prostu...
- ...lubisz z nim spędzać czas?
- Nie! - zaprzeczyła szybko. - Miałam nadzieję, że to ty mnie dziś o to zapytasz, Frank! Ale po prostu nie mogłam mu tak nagle odmówić, przy tylu ludziach, bez wyjaśnienia. Cały Will... wszystko, co z nim związane... to była tylko głupia gra...
- Biedny chłopak, Alicjo - powiedział surowo Frank. W oczach Alicji zalśniły łzy.
- Wiem, że nie powinnam...
- Nie powinnaś, to prawda.
Odsunęła się od niego i przełknęła ślinę.
- Nieważne, czy nadal mnie lubisz, czy nie - powiedziała cicho. - Chciałam ci to powiedzieć, żeby przynajmniej nie było już między nami nieporozumień - uśmiechnęła się smutno. - Jakkolwiek nie lubiłbyś tego krzywego nosa czy krypto-miłości względem Pani Norris, chciałabym, żebyśmy mogli spędzać razem czas choćby jako przyjaciele, bo naprawdę lubię te twoje złośliwe żarty.
Nie przestając wpatrywać się w podłogę, kiwnął lekko głową. Zagryzła wargi i cofnęła się o krok.
- Miłego sprzątania, Frank - obróciła się w stronę drzwi. - Dobranoc.
Łzy spłynęły w końcu po jej policzkach i ruszyła szybko w stronę wyjścia, chcąc jak najszybciej opuścić to dobijające pomieszczenie. Chwyciła za klamkę.
- Alicjo? - usłyszała. Zamarła i powoli obróciła się. Frank uśmiechał się niepewnie i wyciągał w jej kierunku rękę. Powoli podeszła do niego i podała mu dłoń. Wciąż siedząc na ławce, przyciągnął ją lekko do siebie i drugą dłonią odgarnął jej włosy z czoła.
- Wiem, że może powinienem zaczekać - powiedział zamyślony. - Aż będziesz miała na sobie piękną sukienkę i starannie ułożone włosy - pierwszy raz uśmiechnął się szczerze. - A nie te przetłuszczone kudły Flicha - owinął sobie jednego ciemnego loka Alicji dookoła palca, a ona uśmiechnęła się przez łzy. - Ale wszystkie te nieporozumienia między nami, te gry i niejasności były spowodowane właśnie moim zwlekaniem - przyciągnął ją lekko do siebie. Chociaż siedział, wciąż patrzył na nią nieco z góry. Jedną dłoń zaciskał na jej palcach, drugą sięgnął do jej policzka. - Alicjo, może mi się nie podobać to, co zrobiłaś, ale ja też nie grałem zupełnie fair. Szczerze mówiąc, twoje marne wysiłki nawet mi pochlebiają, nawet to znaczy absolutnie przebardzo, bo przez te dramatyczne dwa miesiące moje uczucia względem ciebie niewiele się zmieniły - uniósł wzrok w górę i udał, że się zastanawia. - W sumie, nie tylko wystawiłaś je na ciężką próbę, ale też zupełnie zszargałaś...
- Frank! - roześmiała się.
Spojrzał na nią z czułością i zupełnie już szczerym, szerokim uśmiechem. Przyciągnął palcem brodę Alicji ku sobie i przyłożył twarz do jej policzka.
- Nie wiesz nawet, jak bardzo jestem szczęśliwy, że przyszłaś się tu ośmieszać.
Po raz ostatni już lekko pociągnęła nosem.
- Na pewno bardziej ode mnie - odparła głosem wcale na to nie wskazującym. Roześmiał się jeszcze raz i przesunął twarz w stronę jej ust.
- Beksa - wymruczał.
Jej usta miały smak owocowych cukierków i całując ją, nie mógł przestać się uśmiechać. Jego palce tonęły w jej włosach, podczas gdy druga dłoń, obejmująca Alicję w pasie, coraz mocniej ją do niego przyciągała.
- Przestań się szczerzyć, Houckson, nie można cię całować! - szepnął w końcu z udawanym zarzutem.
Uderzyła go lekko w brzuch i roześmiała się w jego szyję. Wsunął wargi w jej włosy.
- Tylko pozbądź się tego imigranta - szepnął. - Bo słowo daję, mimo szczerego współczucia, którym darzę tego uwiedzionego przez ciebie biedaka, urwę mu łeb jak jeszcze raz go obok ciebie zobaczę!
Roześmiała się perliście. Wciąż uśmiechając się szeroko, pocałował ją po raz kolejny i kolejny, nie mogąc uwierzyć, jaki wspaniały okazał się ten smutny dzień i świetnie zdając sobie sprawę z tego, że nie całował tak jeszcze żadnej innej dziewczyny w życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz